wtorek, 04 stycznia 2011
Podsumowanie minionego

Skończył się rok 2010. Każdy w te pierwsze dni planuje nowy rok i podsumowuje stary. Minione 12 miesięcy naszego życia. Dla mnie rok ubiegły był dość różnorodny emocjonalnie, w większości bardzo stresujący. Pisanie pracy magisterskiej, intensywne poszukiwania literatury, przykra diagnoza lekarska, obrona pracy magisterskiej, koniec studiów, składanie dokumentów na nową uczelnię, operacja i rekonwalestencja, szukanie pracy, nowe środowisko uczelniane, nowi ludzie. Mimo wszystko dobrze wsominam ten rok, bo wszystko zakończyło się pozytywnie i z sukcesem.

W ostatni dzień roku podsumowałam swoje minione pięć lat życia. Lat, które spędziłam w Lublinie, na KULu; czas akademicko - studencki. Wydaje mi się, że dopiero co zdałam maturę i jechałam zapakowanym po dach samochodem do Lublina. Nowy etap w życiu, zupełnie mi obcy ludzie, świat, region. Zupełnie sama 600 km od domu i rodziny. Stanjca - półtora roku w jednym pokoju z Lidką, za ścianą Ewelinka (potem Iza) i słynna siostra Marta, która pisała nam instrukcję odmrażania lodówki i instrukcję sprzątania mieszkania. Pani Zosia - opiekunka stancji, ale przede wszystkim przekochana osoba, anioł wyrozumiałości i spokoju. Dzięki niej czułam się jak w domu, jak przy kochanej babci. Początkowe zakazy traktowałyśmy ze współlokatorkami bardzo poważnie, bojąc się nawet zagotować wodę po 22. Nosiłyśmy czajnik do pokoju. Z Lidką grałyśmy w literaki, gadając ze sobą na gg siedząc na przeciwko siebie w jednym pokoju. Wspólne niedziele, weekendy, wspólne zakupy i obiady.

Uczelnia - prawie jak drugi dom. Początkowo zajęcia do 20, całe dnie. Już pierwszy dzień przyniósł bogate znajomości i przyjaźnie. Dzięki nim stałam się doważniejsza, bardziej pewna siebie i poznałam ciekawe rzeczy. Cały nasz inorkowy rok był nie do zapomnienia, zwarty kiedy było trzeba i bardzo zabawny. Wiele by można  było opowiadać o wykładach, profesorach, powiedzonkach. Wyszła by z tego niezła powieść. Chwile bezcenne.

Studia przyniosły mi też bezgraniczną miłość do Indii oraz kina i muzyki tego kraju. A wszystko zaczęło się od filmu "Czasem słońce czasem deszcz". Forum, potem dziewczyny z Lublina, spotkania, grzane winko w Mangragorze, organizacje imprez, mój debiut radiowy w Radio Lublin, który przyniósł mi pierwszy wywiad (bo zakładam, że nie ostatni) jako specjalistki od kina indyjskiego. Niezapomniane przeżycie. Potem Festiwal Bilet do Bollywood. Gwizdki, głupie szaleństwa, przez któe chcieli nas wyrzucić z kina i 5 godzin oglądania filmu w drugim rzędzie. Bezcenne :D. A to wszystko zakończone trwałą przyjaźnią z pewną szaloną Chełmianką, z którą upiłyśmy się wraz z Devdasem i moje niezapomniane wejście w garnek z zupą na balkonie.

Ostatni rok przyniósł również doświadczenie kręcenia mini filmu reklamującego uczelnię - LIPDUB. Niesamowici ludzie, pasjonaci, mega pozytywni.

Podsumowując, wróciłam do domu nie tylko z magistrem przed nazwiskiem. Wróciłam z wielkim i bogatym bagażem doświadczeń (tych dobrych i tych złych), bezcennych wspomnień i planów. Stałam się też zupełnie inną osobą. Jestem bardziej odważna i otwarta na świat. Wiem czego chcę od siebie i od życia, wiem kim chcę być i co robić. Mam masę planów (czasem wydaje mi się, że codziennie rodzą się nowe), które stale udaje mi się realizować. Jedne szybciej, inne wolniej. Odnalazłąm swoje powołanie i wiem co tak naprawdę sprawia mi przyjemność.

Czy czegoś żałuję? Na pewno kilku rzeczy, ale przede wszystkim tego, że bardziej nie zaangażowałam się w działalność akademicką. Choć może wtedy jeszcze nie byłam na to gotowa? Mam teraz nową uczelnię, więc jeszcze wszystko przede mną. Świat staje się otworem i jestem gotowa by go podbić.

 

środa, 15 grudnia 2010
Kinowe chamstwo

Czym jest kino? Miejscem relaksu, zastrzyku kultury, donań wizualno-słuchowych i czysto filmowych? Czy może jednak miejscem piknikowania, popcorno-chipsowania, siorbania, ciamkania i gadulstwa?

Osobiście traktuję kino jako oazę wyciszenia wewnętrznego i całkowitego zatracenia się w akcji na ekranie. A jak inni? Ci "inni", z którymi miałam ostatnio przyjemność (niejako wątpliwą) oglądania filmu traktują chyba kino jako miejsce bez żadnych granic i zasad. Tony popcornu, szeleszczące aż gryzące w uszy odgłosy otwieranych paczek chipsów, siorbania coli, gadania...Brakowało jedynie odgłosów trawnienia, a poczułabym się jak w chlewie, nie w kinie-miejscem kulturalnym jak sądziłam. Gdzie Ci ludzie, któzy szli do kina cieszyć oczy obrazem, a nie smakiem pieczonych ziemniaków? Zero zasad kultury i dobrego tonu, żadnych zasad kinowego i czysto publicznego savoir vivru. Przecież ludzie kupując bilet są przekonani, że wszystko im wolno, bo zapłącili=mają prawo. Błąd, duży błąd. Ja też zapłaciłam i też mam prawo w takim razie do oglądania w ciszy i w powietrzu nie zabrudzonym przyprawami ziemniaczanych i kukurydzianych przegryzek.

Wyrzucić popcorn i chipsy z kin. Oto mój postulat. Precz z piknikowaniem w salach kinowych-zjeść przed, alebo w czasie reklam. Nie w trakcie filmu!

I tylko współczuję tym, co muszą te sale kinowe sprzątać po takich...klientach.

poniedziałek, 23 sierpnia 2010
Moja przygoda z potworniakiem

Potworniak, zwany inaczej torbielą skórzastą. Guz jajnika, nowotwór z kategorii niezłośliwej.

Dowiedziałam się o jego istnieniu na moim lewym jajniku dokładnie 4 dni przed obroną mojej pracy magisterskiej. Moja wyobraźnia zadziałała bardzo intensywnie, ale się nie dałam. Pojechałam do Lublina, obroniłam się i wróciłam do domu. Zaczęło się ganianie po lekarzach. Oczywiście nie wiedziałam na początku co to za guz i co mi grozi. Zrobiłam badania i okazało się, że to torbiel wielkości pomarańczy. Diagnoza była jednoznaczna. Tylko operacja. Zaczęło się szukanie dobrego szpitala, dobrych lekarzy.

Dzięki mojej kochanej cioci dostałam się do Kliniki AM we Wrocławiu. Tydzień pobytu w szpitalu. Było dość przyjemnie, pomijając fakt, że moje hm...myślałam, że przyjaciółki zapomniały o mnie zupełnie. Okazało się, że moja grupa prawdziwych przyjaciół skurczyła się do trzech. Może i dobrze, wiem teraz na kim mogę rzeczywiście polegać.

Muszę przyznać, że zupełnie nie denerwowałam się przed operacją. Dostałam tabletkę w piątek rano (16.07.2010), która miała mnie uspokoić, lekko uśpić. Niestety nie zasnęłąm. Pamiętam wszystko od wyjazdu z sali do wjazdu na salę operacyjną. Nawet sama wlazłam na stół operacyjny. Tam jakiś pieprzony praktykant uczył się na mnie znieczulenia w kręgosłup. Anestezjolog się chyba przestraszył mojej astmy i zmienił znieczulenie z ogólnego na miejscowe. Pięć razy się w kłuwał w mój kręgosłup zasraniec jeden i nie trafił. Nie życzę nikomu i nie polecam. Boli tak niewyobrażalnie, że miałam wrażenie takie jakby mi się kręgi przestawiały. Do tego straszny, ropływający się ból. Łzy popłynęły mi same. W końcu dali mi maskę na twarz i zasnęłam w ciągu 3 sekund. Obudziłam się  po 3,5 godzinach na sali wybudzeń. Całe szczęście dają teraz w szpitalach dużo środków przeciwbólowych, nic mnie nie bolało, a przynajmniej nie byłam świadoma tego bólu. Przez dobę leżałam na sali pooperacyjnej podłączona do apartury, kableków, krolówek, ciśnieniomierza i końskiej dawki mieszanki leków przeciwbólowych. Następny dzień był już gorszy. Kazali mi wstać. Bolało jak jasna cholera, kręciło się w głowie, mdliwo, a oni "wstawaj, wstawaj". Tylko wstałam i zaraz usiadłam, nie dałam rady. Po południu pięknie zwymiotowałam i dopiero wieczorem udało mi się wstać, umyć zęby i przebrać koszulkę. Dodam jeszcze, że z mojego brzucha wystawały dwie rureczki przypiętę do woreczka - tzw. dreny + rureczka z mojej cewki moczowej. Jak jakiś robot orureczkowana. Żeby atrakcji było mało, wieczorem przyszła wielka burza z silnym wiatrem. Moje okno w sali roztrzaskało się w drobny mak. Całę szczęście, że przyszła moja mama i zrobiła akcję, bo pewnie bym w tym szkle leżała całą noc. Przeniesiono mnie na inną salę. Miło było, leżały na niej dwie inne panie, które czekały na operację. W niedzielę ściągnięto mi jeden dren i cewnik, mogłam się wykąpać. Nie było to takie banalnie rposte jakby się mogło wydawać. Kąpała mnie mama. Od tej chwili wiem co przeżywają ludzie chorzy, starsi, którzy są całkowicie uzależnieni od innych. Płakałam pod tym prysznicem nad swoją bezsilnością i niemocą. W poniedziałek mnie wypuścili do domu. Jazda z Wrocławia do Legnicy była drogą przez mękę. Czułam kiażdą dziurkę i każdy klocek na drodze. Trzymałam silnie brzuch jakby mi miała się oderwać. W domu tylko leżałam. Z dnia na dzień było lepiej, miej bolało, mniej się sączyło. 10 dni później pojechałam na zdjęcie szwów i wyniki badań histopatologicznych. Wszystko dobrze, nie ma komórek rakowych. Wielkie uff, choć wiem, że to jeszcze nie koniec.

Teraz po miesiącu z kawałkiem jest o wiele lepiej. Nawet czasami zapominam się i coś podnoszę i się schylam co skutkuje skokiem temeratury i bólem brzucha. Rana się zagoiła. Blizna jest w takim miejscu, że dla oczu ludzi nie widoczna.

Jestem teraz kobietą półtora jajeczną. Razem z potworniakiem usunąć mi musieli również kawałek jajnika. Może się odbudować, ale nie musi. Lekarz mi powiedział, że powinnam zajść szybko w ciążę. Ha! Żeby to było takie proste. Teraz trzeba się badać i sprawdzać, czy aby potworniak nie odrasta lub nie rośnie na drugim jajniku. Niestety to fujstwo ma do tego tendencję.

Mój apel do wszystkich kobiet. Bajacie się, bo schorzenia nie bolą, nie krzyczą i nie zawiadamiają o sowjej obecności w waszych organizmach. Mój potworniaczek rósł przez kilka lat. Zaczął boleć jak był już dość spory. Nie dopuście do tego. Badajcie się u dobrych lekarzy i domagajcie się wszystkich należnych wam badań.

Oto moja opowieść o potworniaku. Ja zwyciężyłam, potworniak został unicestwiony :)

piątek, 23 kwietnia 2010
O tolerancji słów kilka

Co oznacza słowo, "tolerancja", w dzisiejszym nowoczesnym śmiecie? Że niby każdy może nosić, robić i wyznawać co chce i nie narażać się na krytykę innych? Że niby Polska jest krajem tolerancyjnym? Brzmi jak dobry kawał z kabaretu. Zero tolerancji w naszym pięknym kraju. Nawet pokusiłabym się o określenie poniżej zera. Spróbuj założyć sobie coś dziwacznego na głowę, ubrać się inaczej, być inny od innych, mieć inne poglądy, religię, plany, przekonania czy wizję świata. Nie obejdzie się bez krytyki. Nie musi być ona słowna, bo słów używa się mało. Strach przecież przed zarobieniem kilku siniaków. Nadrabiają za to spojrzeniem, które mówi wszystko. Pogarda!!! Jesteś inny, więc gorszy. Nie chcę Cię już znać, jesteś chory i nienormalny. Satanista, komunista i psychol. Tak oto żyjemy moi mili, w wolnym kraju z kłódką na ustach, umysłach i czynach. Każdy się boi wysunąć przed szereg, pokazać swą inność.

Ja mówię dość i zdecydowane nie!!! Jestem asertywna i będę nadal. Nikt mi nie będzie na siłe wpajał wartości, przekonań i poglądów, których nie podzielam. Szanuję zdanie innych, szanuję kulturalną i wartościową dyskusję. Nie opluwającą krytykę i pogardę spojrzenia. Brak akceptacji przez mą inność i odmienność. Jestem sobą, zawsze byłam i będę. Daleko zajdę, a oni zostaną w tyle.

Żal mi ludzi, którzy zmieniają zdanie o osobie po jej poglądach politycznych, religijnych lub jeszcze innych. Dowód na to, że nic nie zmieni się w ludzkich umysłach po Smoleńskiej katastrofie. WYborcza kampania startuje, kolejny podziałów rozdział się otwiera. Politycy są przynajmniej otwarci i szczerzy. Otaczający mnie ludzie, są fałszywi, obłudni i kłamliwi. Nie szanujący i krytykujący.

Przeczytałam ostatnio pewne zdanie. "Polacy są jak owce. Jak jeden baran beknie, reszta pójdzie za nim". Tak jest i będzie, bo boimy się otwarcie wyrazić swoje zdanie.

Mówię jasno i otwarcie swoje poglądy polityczne, religijne, przekonania i wartości. Jeśli ktoś ich nie szanuje i opluwa mnie za mymi plecami, niech nie śmie nazywać się moim przyjacielem. Przyjaciel bowiem, potrafi uszanować inność swej bratniej duszy, nawet jeśli się  z znią nie zgadza.

Szanuję Twoje poglądy, Ty uszanuj i moje. Będziemy żyć w zgodzie i harmonii.

niedziela, 11 kwietnia 2010
Wstrząs narodowy

10 kwietnia 2010, godzina 8.56 rozbija się polski rządowy samolot z parą Prezydencką i 90 innymi najważniejszymi osobami naszego kraju.

Wstałam rano, jak zwykle, po 9. Umyłam się, zrobiłam śniadanko, szykowałam się na przyjazd dawno nie widzianej koleżanki. Jak co rano, czytam wiadomości z kraju i ze świata. Samolot rządowy rozbił się na płycie lotniska w Smoleńsku-głoszą pierwsze hasła na onet.pl. Narodziło się wtedy we mnie pytanie: co? znowu? Ten Prezydent ma chyba jakiegoś pecha do maszyn powietrznych. Mówię współlokatorce. Śmiejemy się, że pewnie tylko mała kraksa była, na pewno nic się nie stało. Z minuty na minutę doznajemy coraz większego szkoku, gdyż każda nowa wiadomość wzbudza niepewność. Potem przychodzi ta najgorsza...wszyscy zginęli-96 osób, elita naszego rządu i państwa. Padają nazwiska, coraz większy szok, niedowierzanie. Przecież to niemożliwe, to jakiś żart. Kiedy już było wiadomo, że jest to w stu procentach pewna informacja pojawił się smutek, żal i nadal niedowierzanie.

Jak to się stało, że przeżywamy tak straszną stratę i tragedię w naszym kraju i to w 70 rocznicę Zbrodni Katyńskiej. Tragedię, która wydarzyła się prawie w tym samym miejscu, co mord sprzed siedemdziesięciu lat.

Dzięki temu, że nie byłam wczoraj sama, przeżyłam to dość dobrze. Jestem w tej chwili na bardzo dojrzałym etapie mojej wiary w Boga. Próbowałam sobie to wszystko tłumaczyć. Bóg nigdy nie dopuszcza takich rzeczy, jeśli nie ma w tym jakiegoś swojego ukrytego planu. Tylko czy zapatrzeni w siebie ludzie właściwie odczytają jego sens? Myślę sobie, że może tak właśnie miało być, by nastał wreszcie pokój między Polską a Rosją? Może dzieki temu świat pozna dramat Katynia - teraz już ten dwukrotny. Byśmy docenili to co mamy i przestali się kłócić. Byśmy wreszcie zaczęli ze sobą współpracować i razem budować Polskę, bez względu na poglądy polityczne, partię, czy wyznanie. Tylko dlaczego musi wydarzyć się coś złego, by zastanowić się nad sobą, by stać się bardziej refleksyjnym i zdystansowanym do spraw codziennych? Ciekawa jestem tylko, czy będzie tak jak 5 lat temu po śmierci naszego ukochanego papieża Jana Pawła II. Czy posmucimy się, popłaczemy i powspominamy przez miesiąc, a potem zapominimy i będziemy żyć nadal tak samo i niezmiennie?

Mam nadzieję, że nie i nie chodzi tu o zwykłęgo, szarego człowieka. Chodzi tu o tych, którzy decydują na naszym losie. To chyba właśnie oni mają coś zrozumieć, docenić i zacząć wspólną dobrą pracę ku przyszłości. Mimo podziałów i niesnasek żal człowieka, który stracił życie w straszny sposób.

Najbardziej żal mi rodzin i bliskich ofiar tej strasznej katastrofy. Wiem jaki to ból i niesamowita rozpacz po stracie kogoś najbliższego. To naprawdę boli, tak bardzo, że każda myśl sprawia trud. WIem, bo sama to przeżyłam - dwukrotnie w ciągu ostatnich 6 lat. Stąd rodzi się we mnie ogromne współczucie właśnie i przede wszystkim dla nich.

 

Wpółpraca i wpólny krok ku przyszłości Rodaku!!! Pamiętaj!

 

sobota, 06 marca 2010
"W Karzełkowie"

Każdy z nas ma ulubioną bajkę, która towarzyszyła mu w dzieciństwie. Ja zawsze uwielbiałam "Muminki" i "Gumisie", ale te leciały w telewizji. Bajki książkowe to głównie "Kopciuszek", "Heidi" i Baśnie Hansa Christiana Andersena. Jednakże miałam też bajkę na kasecie. Była ona właściwie (i jest nadal) własnością mojego brata, ale ja też jej słuchałam. Zresztą, jego ulubiona. Tytuł jej to "W Karzełkowie".

Słuchałam sobie wczoraj radia, gdzie pan prowadzący podzielił się ze słuchaczami swoim wieczorem filmowym. Otóż po latach powrócił ze znajomymi do filmu "Akademia Pana Kleksa". Też uwielbiałam ten film, więc odświeżyłam sobie piosenki z tego filmu - "Kaczka dziwaczka", "Leń", "Kleksografia", "Ksieżyc raz odwiedził staw", czy "Meluzyna". W trakcie słuchania, przypomniała mi się muzyczna bajka słuchana w dzieciństwie. Pytam więc brata, czy pamięta tytuł tej bajki. On na to: "Oczywiście, "W Karzełkowie". W rolach głównych Łapciuś, lis, skakajło i biegajło." Byłam w szoku. Ja nawet tytułu nie pamiętałam, a On zapamiętał nawet głównych bohaterów. Znaleźliśmy w internecie fragmenty i piosenki z tej bajki, ależ była radość. Autentycznie się popłakałam ze śmiechu, z radości i z wzruszenia. Moja mama nawet wspominała, że do dziś pamięta jak mój brat przeżywał losy głównego bohatera. Ja też pamiętam, że bardzo współczułam Łapciusiowi.

Bajka ta opowiada o krasnoludku Łapciusiu, któremu skradziono czapkę. Bardzo to przeżył, gdyż dla krasnoludka czapka to najważnieszja częsć stroju. Niestrudzenie jej szukał, pomagały zające (Biegajło i Skakajło), pomagała też i Sowa. Oczywiście wszystko się dobrze kończy, a winowajca został ukarany przez króla Karzełkowa.

Niby bajka banalna, ale tak wryła się w pamięć, że wywołała łzy po tylu latach, kiedy ponownie sobie jej odsłuchałam.

Znalazłam bajkę w częściach na youtubie.

Tekst - Kazimierz Łojan, Andrzej Sobczak
Muzyka - Zbigniew Górny, Andrzej Mikołajczak

Reżyser - Krzysztof Deszczyński
Realizator - Piotr Kubacki
Asystenci realizatora - Jacek Frączek, Andrzej Bąk

Wykonawcy:

Łapciuś - Bohdan Smoleń
Król - Andrzej Kozioł
Lis - Witold Paszt
Biegajło - Ryszard Rynkowski
Skakajło - Jerzy Cnota
Dzięcioł - Andrzej Sobolewski
Wiewiórka - Krystyna Giżowska
Sowa - Hanna Banaszak
Narrator - Krzysztof Deszczyński
Zuchy i Krasnale - grupa VOX

Zespół instrumentalny pod kierunkiem Zbigniewa Górengo

Przedstawiam państwu, najlepszą bajkę muzyczną "W Karzełkowie":

Część 1

Część 2

Część 3

Część 4

Część 5

 

niedziela, 28 lutego 2010
Marzenia ślubne

Obecna moda śluba jest momentami przerażająca. Wielkie bufy, ogrom cekinów i koralików, kilkumetrowe treny, kokardy, bibeloty. Do tego dochodzą przeróżne odcienie bieli i ecru oraz długości sukienek - krótkie, bądź ciągnące się kilometrami za panną młodą. Pominę szaleństwa towarzyszące przygotowaniom weselnym. Swoją drogą, muszą one być niezmiernie ekscytujące. Może by tak zostać organizatorką ślubną i weselną? W sumie fajna praca, tak pomagać parze zorganizować wymarzony dzień ślubu.

Ja osobieście na razie nie zamierzam podążyć drogą ślubnego kobierca. Odkładam to na "potem", a przede wszystkim znalezienie tego, z którym wytrzymałabym całe życie oraz tego, który wytrzymałby i ze mną - a to nie jest taką prostą sprawą. Oglądając jednak ostatnio modę ślubną Domu mody Fulara & Żywczyk, natknęłam się na przecudną sukienkę, wręcz moją wymarzoną. Jeśli miałabym iść do ślubu, to tylko w takiej:

Fulara & Żywczyk

 

Jest przecudna :)

 

Jesli ktoś chciałby obejrzeć inne kreacje tego Domu mody, odsyłam do ich strony internetowej: http://fularazywczyk.eu/index.php

 

wtorek, 16 lutego 2010
Walę - tynki

Nie, nie walę. Mówię też zdecydowane NIE temu świętu. Dlaczego? Uważam je za bezsensowne, głupie i wręcz śmieszne. Uważam, że by okazać sobie uczucia, miłość czy sympatię, nie potrzeba do tego specjalnej daty w kalendarzu. Jeśli się kogoś kocha, lubi tak naprawdę, to przecież każdy dzień w roku może być tym, w którym to sobie okazujemy.

Święto Walentego jest zresztą tak mocno skomercjalizowane, napompowane marketingiem, że widząc w koło opierzone serduszka i różyczki robi mi się naprawdę nie dobrze. Jest to tak mocno przeładowane i mdło przesłodzone. Wydaje mi się też, że przez to całe zamieszanie, zmusza się ludzi do pewnych, dziwacznych w tym dniu zachowań. Nie naturalnych, wychodzących poza własną osobowość, tylko dlatego, że tak wypada, bo tak robią wszyscy.

Minęłam w niedzielę pewnego chłopaka. Młody nastolatek idący z bukietem czerwonych różyczek z piórkami i torebką z prezentem. Niby nic dziwnego w tym dniu. Tylko ta jego pełna cierpienia mina. Zrobiło mi się go naprawdę szkoda. Bardzo chyba chciał dogodzić i sprawić radość swojej dziewczynie, tak bardzo się poświęcił. Nie wyglądał jednak na bardzo szczęśliwego, niosąc te wszystkie...gadżeciki.

Pewnie ktoś z Was pod nosem sobie mówi - a gada tak, bo pewnie jest sama. Owszem jestem. Jestem w pełni świadomie i z własnego wyboru, bardzo szczęśliwą singielką i dobrze mi z tym. Nic to tu zresztą nie ma do rzeczy. Mam swoje zdanie i nie boję się go wyrazić głośno.

Nie mam nic do miłośći, absolutnie - by to było jasne. Jestem tylko przeciwna temu skomercjalizowanemu show, które odbywa się każdego 14 lutego.

Mała rada:

Jeśli kochasz, okaż to nie wtedy, gdy wszyscy tego od Ciebie oczekują, ale wtedy, gdy najmniej się tego spodziewają.

 

walę - tynki

 

To taka moja, po walę-tynkowa refleksja :]

 

niedziela, 07 lutego 2010
Muzyka, która będzie wiecznie żywa

Dzięki tym, których już nie ma. Tworzyli Muzykę, tak przez duże eM, której się nie zapomina, która mimo lat, nadal wzrusza, bawi i której się słucha. Tak własnie wróciłam sobie do twórczości zespołu Queen i Freddy`ego Mercury`ego. Do dziś pamiętam, jak niesamowicie wyłam przy niżej umieszczonej piosence. To było zaraz po śmierci Freddy`ego.

Bezcenne pamiątki mej pamięci.

Queen "Who wants to live forever"

 

 

wtorek, 26 stycznia 2010
Duma

Duma i zadowolenie z siebie, kiedy po długich godzinach i męczarniach napisało się pierwszy rozdział pracy magisterskiej. Oddało się promotorowi i można się z czystym sumieniem zabrać za coś innego - np. za naukę do sesji. Tak, tak...bo jak ma się perspektywę ostatniej sesji na studiach, jest ta większa motywacja, by mieć lepszy wynik niż w ciągu całych pięciu lat.

Mam tylko nadzieję, że nie będę zmuszona nanosić dużej ilości poprawek lub co nie daj Boże pisać go na nowo.

Zrobiłam krok do przodu (duuży), w kierunku mojego mgra przez D. W. i cieszę się z tego bardzo.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
Nakarm glodne dziecko - wejdz na strone www.Pajacyk.pl Bunty i Babli w Bollywood.pl